Logo

Facebook Instagram

„Przeszłość zupełnie się nie liczy”

18 paź 2014

Kuba od 8 miesięcy nie wystąpił w żadnym meczu o punkty. - Na dziś wszystko jest w porządku - mówi w rozmowie z "Piłkąnożną" reprezentant Polski.

„Przeszłość zupełnie się nie liczy”

Poniżej najważniejsze myśli autorstwa Kuby, jakie udało się zanotować w Bytowie reporterowi „PN" podczas ekskluzywnej rozmowy. Oto, co powiedział:

... o nieobecności w kwalifikacyjnym meczu z Niemcami...

- Nie robię z tego tragedii, takie myśli mogłyby mi tylko zaszkodzić. To dopiero początek eliminacji Euro 2016 i te najważniejsze spotkania, które będą decydować o miejscu w grupie, są przed nami. Spotkanie z Niemcami to jedno z wielu, które może i powinno doprowadzić reprezentację Polski do celu. Nie mogę myśleć o tym w innych kategoriach, bo zwyczajnie... sfiksowałbym. W ostatnich dniach i tygodniach koncentrowałem się wyłącznie na tym, co dla mnie w tym momencie najważniejsze, czyli na zdrowiu, powrocie do najwyższej formy i na boisko. O niczym innym starałem się w ogóle nie myśleć, a zwłaszcza o rywalizacji z mistrzami świata, ponieważ naprawdę mógłbym zwariować. Oczywiście jest to spotkanie szczególne, w którym każdy chciałby zagrać. Ze mną na czele. Inna sprawa, że już bardzo niecierpliwie czekam na to, aby wreszcie móc zagrać. To mnie napędza do pozytywnych działań.

... o tym, dlaczego nie oczekiwał na powołanie do kadry...

- Jak wracasz do zdrowia i musisz ostro popracować nad formą, to właśnie rehabilitacja jest najważniejsza. Trudno robić w tym czasie coś innego, wyrywać się z indywidualnego toku treningowego. Oczywiście, że byłbym gotów stawić się na reprezentacji, gdybym dostał powołanie - zarówno przed meczem z Gibraltarem, jak i teraz przed spotkaniami z Niemcami i Szkocją - bo zawsze dla reprezentacji jestem gotów rzucić wszystko. Staraliśmy się jednak znaleźć optymalne rozwiązanie - zarówno dla drużyny narodowej, jak i dla mnie..

... o stanie zdrowia...

- Na dziś wszystko jest w jak najlepszym porządku. I to ta dobra informacja. Gorsza była taka, że naderwałem przyczep czworogłowy i przez to muszę troszkę poczekać na powrót na boisko. To boli tym bardziej, że byłem już tak blisko, że odliczałem tylko dni od powrotu do meczowej kadry w Borussii, ale wszystko z powrotem się oddaliło. Cóż, życie uczy cierpliwości. Już cztery tygodnie trenowałem z pełnym obciążeniem. Oprócz pracy z zespołem czekały na mnie jeszcze indywidualne zajęcia. Może i mogłem jeszcze trochę poczekać, ale przecież tydzień później mogło przytrafić się dokładnie to samo. Dlatego nie ma sensu wracać do tego najświeższego mięśniowego urazu. To, co było, zupełnie się nie liczy. Ważne jest tylko to, co będzie.

... o treningowym natężeniu w minionym okresie...

- Pracowałem znacznie mocniej niż wówczas, gdybym - zwłaszcza co trzy dni - uczestniczył w meczach BVB. To jednak normalne, że musisz nadrobić stracony czas. A nie jest to wcale łatwe i proste. Ja już kilkakrotnie w życiu przekonałem się, że ze zdrowiem nie ma żartów. Dlatego wiem też, że trzeba uzbroić się w cierpliwość. Bo akurat w tej kwestii nigdy nie byłem najmocniejszy. Co jednak mam robić? Wstawać codziennie rano z pesymistycznymi myślami? Czy raczej budzić się z założeniem, że w końcu wszystko znów będzie OK i wkrótce znów będę mógł pobiegać za piłką po murawie? Wybrałem to drugie rozwiązanie. Staram się myśleć tylko pozytywnie.

... o pladze kontuzji w BVB...

- Kontuzje są częścią naszej profesji, są wliczone w zawodowe ryzyko, z którym liczyć musi się każdy piłkarz. Zwłaszcza kiedy nie kalkulujesz, tylko robisz wszystko na sto procent. I atakujesz, z piłką czy na piłkę na sto procent, nie odstawiasz nogi. Dlatego automatycznie jesteś jeszcze bardziej narażony na urazy. Biorąc jednak pod uwagę liczbę kontuzji i skalę ubytków kadrowych, naprawdę trudno o wypracowanie automatyzmu w akcjach. Zwłaszcza jeśli gra się co trzy dni.

... o stresie związanym z oglądaniem meczów z trybun... 

- Znacznie łatwiej ogląda mi się mecze w domu przed telewizorem niż na trybunach. Na stadionie występuje jakaś skumulowana energia, pewnie wynikająca z tego, że chciałbym pomóc kolegom, ale nie mogę. Chodzę oczywiście na mecze Borussii na Signal Iduna Park, kibicuję swoim kolegom. Ale tym samym nabieram jeszcze większej ochoty do gry, chciałbym móc się wreszcie wyładować, wejść na boisko i pograć razem z nimi. Bo wszystkie te mecze, w których byłem widzem, rozgrywałem wewnątrz siebie i po powrocie do domu czułem się psychicznie zmęczony. Nawet bardzo zmęczony. Przed meczem reprezentacji Polski z Niemcami nawet jednak nie wyobrażałem sobie, że mógłbym obejrzeć to spotkanie w telewizji. W takich momentach stres chowam w kieszeń.

... o wizycie na finale MŚ w siatkówce, zakończonym wygraną biało-czerwonych...

- Byłem z Łukaszem Piszczkiem na finale siatkarskiego mundialu. I wciąż jestem pod wrażeniem tego, co i w jakim stylu zrobili reprezentanci Polski. To megaosiągnięcie, megawynik. Mam ogromny szacunek dla wszystkich chłopaków za to, co zrobili. Ale nie zazdroszczę, że my - piłkarze - możemy o podobnym sukcesie tylko pomarzyć. Nie ma we mnie takiego uczucia, to nie w moim stylu. Cieszyłem się, jak każdy kibic, że zawodnicy Stephane'a Antigi dokonali czegoś tak niewiarygodnego. Oni zresztą chyba jeszcze sami nie wiedzą, czego dokonali. Wydaje mi się, że to dotrze do nich dopiero za 10-15 lat.

...o tym, czego brakuje piłkarzom, aby zbliżyć się do poziomu siatkarzy... 

- Zastanawiałem się nad tym i nad innymi jeszcze różnicami między nami a złotymi siatkarzami. Na pewno mamy w zespole potencjał, który nie jest mały, ale... rywale też mają. Jak się okazuje, często wyższy. Albo tylko lepiej wykorzystany. Aby wszystko zaskoczyło, musi zgrać się kilka czynników. Trzeba dobrego dnia większości zespołu, fartu, czasami też jakiegoś błędu przeciwnika. A to naprawdę trudno zgrać. Gdybyśmy zresztą wiedzieli, czego dokładnie brakuje, już dawno naprawilibyśmy to.

... o obawie, czy jego pokolenie nie będzie już na zawsze niespełnione w reprezentacji...

- Nie czuję się spełniony, również jeśli idzie o futbol klubowy. Dopóki będę grał, nikt tego ode mnie nie usłyszy. To nie leży w moim charakterze. Każdemu zależy, a zwłaszcza nam - piłkarzom - najbardziej, aby wreszcie dać pełną satysfakcję kibicom. Tylko odnoszę wrażenie, że im bardziej chcemy, tym trudniej nam to wychodzi. Nie umieliśmy w ostatnich latach zrzucić negatywnego ciśnienia z naszych barków. Za mało było wiary w siebie, za dużo złych myśli, które ograniczały cały zespół. Teraz, gdy patrzę na kadrę trochę z boku, wydaje mi się, że aby przełożyć na boisko i wykorzystać nasz potencjał, potrzeba więcej luzu. Wierzę w tę drużynę i w to, że przed nami jeszcze sukcesy, że mamy jeszcze przed sobą trochę czasu. (ze śmiechem) Wiem, że biologii nie oszukam, ale trochę mnie denerwuje, że „Piłka Nożna" zaczyna mi już wypominać wiek.

... o tym, czy brakuje mu Roberta Lewandowskiego w Borussii...

- Z pewnością trudno jest zastąpić zawodnika, który rozumiał nasz styl gry. To musi potrwać. Tyle że z drugiej strony świetnie zaprezentowaliśmy się na tle Arsenalu w Lidze Mistrzów, a na przykład w starciu ze znacznie słabszym FC Mainz - już nie. Dlatego problemu dopatruję się w motywacji. Nie siliłbym się na wnioski, że w Bundeslidze zostaliśmy lepiej rozszyfrowani przez rywali niż w Champions League. Przecież Kanonierzy mają świetny zespół, z którym nie graliśmy pierwszy raz w Lidze Mistrzów. A mimo wszystko nie miał on najmniejszych szans w Dortmundzie. Więc będę się upierał, że problem leży jednak w psychice. Ale i z tym na pewno sobie poradzimy.

PiłkaNożna

Podziel się